Wyrzuciłam większość ubrań i poczułam ogromną ulgę

Jak każda kobieta co dzień stawała przed dylematem: co na siebie włożyć? Ale tego dnia po prostu oniemiała. Jej szafa pękała w szwach, a ona NAPRAWDĘ nie miała co na siebie włożyć! Tej sukienki nie lubiła, tamta bluzka była w nieciekawym kolorze, a spodnie w niemodnym już fasonie. – Większości ubrań, które miałam w swojej szafie, od dawna nie nosiłam – mówi Natalia Białowąs z Gliwic.

Reklama

– Mimo to zawsze znajdowałam pretekst, żeby się ich nie pozbywać. Tłumaczyłam sobie: bluzka z bufkami znowu może być modna (tylko kiedy?), skórzana kurtka kosztowała krocie (jest zbyt cenna, by ją zakładać?), a „mała czarna” zawsze się przyda (to akurat prawda).

Wyrzucić było szkoda. Oddać? Ale komu?

Chwilę potem na podłodze piętrzyła się pokaźna kupka ciuchów, zupełnie pani Natalii niepotrzebnych. Wyrzucić było szkoda. Może oddać je komuś? Tylko komu? I wtedy przypomniała sobie o tzw. garażowych wyprzedażach, jakie podpatrzyła za granicą.

– Na Zachodzie ludzie nie gromadzą rzeczy: ubrań czy sprzętów domowych. Zbędne wystawiają w garażu lub przed domem i sprzedają sąsiadom za symboliczną opłatą – opowiada. Pół Gliwic obkleiła plakatami zapraszającymi do wzięcia udziału w garażowej wyprzedaży – i kupujących, i sprzedających.

Przyszło sporo ludzi. Pani Natalia pozbyła się zbędnych ubrań, a w jej przetrzebionej szafie zawisła nowa-stara dżinsowa kurteczka (pasuje i do spodni, i do letniej sukienki), którą kupiła na wyprzedaży. Za naprawdę rozsądne pieniądze.

Po pierwszej wyprzedaży zorganizowała następne

Przychodzi na nie coraz więcej zainteresowanych: i sprzedający, i ci, którzy chcą okazyjnie coś kupić.

– Ceny są różne, ale z reguły bardzo symboliczne – mówi pani Natalia. – Bo co z tego, że za jakiś kardigan trzy lata temu zapłaciłam w sklepie kilkadziesiąt złotych, skoro go w ogóle nie noszę? Dostanę, powiedzmy, 1/3 wydanej kwoty, sprawię komuś radość, a przy okazji zrobię sobie miejsce w szafie.

Choćby na... kardigan, ale w bardziej pasującym do mnie kolorze, który wypatrzę u osoby po sąsiedzku wyprzedającej swoją garderobę. W akcję pani Natalia wciągnęła znajomych, sąsiadów, krewnych, nawet syna.

– Sprzedaję gry planszowe, w które już nie gram, i zabawki, z których wyrosłem – mówi Samuel. Podczas pierwszej wyprzedaży zarobił kilkadziesiąt złotych.

Długo obracał w palcach zarobione złotówki

– Był zaskoczony tym, że oddając kilka niepotrzebnych rzeczy, mógł sobie kupić nowiuteńką grę – mówi jego mama.

– A przy okazji zrozumiał, że zarabianie pieniędzy to naprawdę ciężka praca: przy swoim stoisku spędził kilka godzin. Zanim kupił tę wymarzoną grę, długo obracał w palcach zarobione złotówki.

KS

Artykuł pochodzi z kategorii: Porady

Życie na gorąco

Zobacz również

  • "W czasie deszczu dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz" - tak, nie bez racji, śpiewała przed laty w Kabarecie Starszych Panów Barbara Krafftówna. Właśnie dlatego letnie wakacje w... więcej