Jak gotowanie stało się modne. Kuchenne rewolucje

Dziś każda stacja telewizyjna ma program o kuchni. Internetowe blogi kulinarne notują miliony wejść, a książki z przepisami nie schodzą z list bestsellerów. Jedzenie jest teraz modniejsze od bycia na diecie. To już nowy styl życia.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat dokonał się na naszych oczach prawdziwy przewrót. Zapanowała moda na gotowanie, które z nużącego obowiązku stało się rozrywką.

Reklama

Uznaliśmy, że to świetny sposób na twórcze spędzanie wolnego czasu. Przygotowywanie posiłków stało się także pretekstem do podróży i nawiązania nowych znajomości.

O zasięgu tego zjawiska świadczy fakt, że tylko na jednym wirtualnym serwisie Durszlak.pl zgromadzono aż 440 tysięcy przepisów, które przeczytano 80 milionów razy! Ale zaspokojenie głodu nie jest już najważniejsze. Liczy się także oprawa.

Zaczęłam podróżować dzięki przepisom ze świata

Zaczęło się od makaronu sojowego. Dawno temu, w listopadzie. – Lało, było zimno jak w psiarni, a ja wracałam zmęczona po odwiedzinach u koleżanki w szpitalu – opowiada Marysia.

– Spóźniłam się na autobus i weszłam do wietnamskiej knajpki obok przystanku. Makaron mnie zadziwił. Przezroczysty, jakby szklany, co to za cudo?

Wtedy po raz pierwszy piłam też jaśminową herbatę i jadłam banana w cieście. Wiem, że to standard w każdej budce z azjatyckim jedzeniem, ale dla mnie było to wtedy odkrycie. Bo w moim rodzinnym domu jadano tradycyjnie. Pieprznie, tłusto i z obowiązkowym schabowym na niedzielę. Sama też tak gotowałam, bo mąż lubił.

Dopóki nie weszłam do orientalnej restauracji, nie wiedziałam nawet, że mam „kubki smakowe podróżnika”, które zaprowadzą mnie aż do Bangkoku – Marysia wspomina, jak z ciekawości postanowiła sama poeksperymentować: – Kupiłam papier ryżowy i kapustę, ale moje pierwsze sajgonki okazały się porażką na całej linii. Nie poddałam się. Zaczęłam szperać, podpytywać znajomych i znalazłam kurs kuchni pięciu przemian.

To było prawdziwe objawienie, nie wiedziałam, że tak można myśleć o jedzeniu. Połknęłam bakcyla. Marysia szybko stała się specjalistką od egzotycznych smaków. Na kursie sushi jej futo maki zostały uznane za wzorowe. Nauczyła je jeść nawet 80-letnią matkę, choć ta najpierw wybrzydzała na "glony bez smaku".

Od poznanego na internetowym forum kulinarnym Hindusa ściągnęła pierwszy przepis na warzywne curry, a potem kupiła książkę o kuchni Indii. Dziś w niedzielę, zamiast schabowego, rodzina zjada kurczaka w zielonej masali. Ale jej największą miłością jest kuchnia tajska. – Znajomy przywiózł mi z wycieczki przyprawy. Olśniło mnie, że tych smaków szukałam całe życie. Ale prawdziwym cudem była wyprawa na tajski półwysep Phuket, którą zafundowały mi dzieci.

Podróż życia! Szczęśliwa Marysia wróciła z siedmioma kilogramami nadbagażu – wszystko to były przyprawy i akcesoria kuchenne. – Potrafię dziś przyrządzić świetne tom yum, czyli zupę z kurczakiem, imbirem i mlekiem kokosowym. Robi furorę wśród znajomych. Na szczęście, są już  u nas dostępne azjatyckie składniki, więc nie trzeba jeździć do Tajlandii. Ponieważ teraz jestem na etapie odkrywania arabskich przepisów, namawiam męża na wycieczkę do Maroka.

Oni tam mają takie stożkowe gliniane garnki zwane tadżinami, w których dusi się mięso z warzywami. To świetna metoda. Wprawdzie tadżiny można kupić w Polsce, ale dla mnie gotowanie stało się częścią poznawania obcych krajów. Dopiero na Phuket zrozumiałam sekret i ducha tamtej kuchni.

Polak odkrywa smaki

W PRL-u siermiężna rzeczywistość zredukowała jedzenie do „żywienia”. Teraz nadrabiamy stracone lata. Jesteśmy otwarci na nowości.

Ciekawi nas, jak smakują egzotyczne warzywa i owoce, na przykład bataty i pomelo, które coraz częściej możemy znaleźć w warzywniaku pod blokiem.

Lubimy wyzwania, chłoniemy światowe nowinki, wypróbowujemy przepisy przywiezione z zagranicy.

Programy prezentujące egzotykę, takie jak „Makłowicz w podróży” biły rekordy popularności i były jednymi z najchętniej kupowanych polskich produkcji na DVD.

Choć już dwadzieścia lat temu mieliśmy spory apetyt na pizzę, chińszczyznę i kebab (pizza wyprzedziła w naszych upodobaniach nawet krajowe przysmaki), to zamawialiśmy je najczęściej na mieście w restauracjach serwujących jedzenie na wynos.

Dziś mamy ambicje wypróbowywać nawet skomplikowane przepisy w domu. Ponieważ wyjątkowo przypadła nam do gustu kuchnia japońska (miłość do niej deklaruje co czwarty Polak), a cena sushi jest bardzo wysoka, zaczęliśmy je robić własnoręcznie.

W kwestiach kulinarnych nie mamy żadnych uprzedzeń: 80 proc. z nas równie chętnie kosztuje dań francuskich co tych z krajów Trzeciego Świata.

Zanim zostaniesz mistrzynią

Przygotowanie to podstawa Zanim spontanicznie zabierzesz się do gotowania, sprawdź koniecznie, czym dysponujesz. Masz przepis, wszystkie składniki, odpowiedni sprzęt i dość dużo czasu?

Nic tak nie niszczy przyjemności gotowania jak konieczność wybiegania z kuchni w połowie pracy, bo zapomniałaś o śmietanie i musisz lecieć po nią do sklepu.

Myśl i ucz się: Żeby dobrze gotować, nie wystarczą dobre chęci. Zapał jest ważny, ale trzeba się jeszcze nauczyć podstawowych technik. Trików kuchennych są miliony i warto się nimi popisać. Ale na to przyjdzie pora, gdy opanujesz już bazowe umiejętności. Kuchnia wymaga wiedzy, logiki i kreatywności – dokładnie w takiej właśnie kolejności.

Nie bój się porażek: "Jednym z sekretów gotowania jest uświadomienie sobie, że trzeba wprowadzać poprawki, jeśli się da, lub pogodzić się z sytuacją, kiedy nie można nic zrobić" - pisze w słynnej książce kucharskiej „Francuski szef kuchni” Julia Child. W kuchni wszystkim zdarzają się wpadki. A zwłaszcza tym, którzy nie obawiają się eksperymentować.

Nawet słynni mistrzowie mają na swoim koncie dania, których przygotowywanie ćwiczyli wielokrotnie. Jeżeli będziesz cierpliwa, nawet najtrudniejsze przepisy opanujesz do perfekcji.

Blog o jedzeniu dał mi nowe lepsze życie

Dziesięć lat temu ważyłam ponad 80 kg przy 165 cm wzrostu – śmieje się Beata, ładna blondynka o figurze nastolatki. – Taki tucznik miniaturka... Nie ukrywa, że dawniej jadła za trzech. Bo nerwy w pracy, bo nie mogła zajść w ciążę, bo mąż wciąż oglądał się za innymi. Zajadała stres, aż w końcu zbuntowało się serce.

– Zawału dostałam dzień po 36. urodzinach i cztery miesiące po odejściu męża. Upadłam przed windą. Przeżyłam tylko dzięki psu, który szczekał tak długo, aż wyjrzała sąsiadka.

W szpitalu spędziłam prawie miesiąc. To dość czasu, by przemyśleć całe życie. Uznałam, że albo się wykończę, albo sama uratuję. Zaczęłam od wrzucenia w internet hasła "żywienie po zawale".

To, co przeczytałam, ścięło mnie z nóg. Zero tłustego mięsa, kawy, embargo na sól, alkohol i słodycze. Rozpłakałam się. A potem wytarłam łzy i poszłam do sklepu kupić garnek do gotowania na parze.

Najpierw jadłam tylko warzywa i ryż, bo niczego innego nie umiałam w nim przygotować. Lecz uznałam, że jak mam pozostać na diecie do końca życia, to niech choć będzie smacznie. Zaczęłam szperać, szukać przepisów i wciągnęło mnie.

Dziś zdjęcie tego historycznego garnka zdobi winietę blogu o zdrowym żywieniu, który prowadzi Beata. Założyła go bardziej dla gromadzenia przepisów niż z chęci zdobycia popularności. Poza tym po rozwodzie czuła się samotna, więc postanowiła wypełnić czymś wieczory.

Pisała o sztuce gotowania bez soli i o tym, jak wypróbowała osiem przepisów na jaglankę, nim znalazła taki, który pozwolił jej przełknąć znienawidzoną kaszę.

Nawet nie zauważyła, kiedy w ciągu roku przybyło jej 10 tysięcy stałych czytelników. Komentowali wpisy, dzielili się swoimi przemyśleniami, recenzowali jej kulinarne pomysły, dodawali własne. – Prawdziwym przebojem okazała się zupa z papryki na winie z serem gruyere, mus z fasoli z ło sosiem i kalafiorówka z curry i rodzynkami. Zapomniałam o pustce, bo teraz co dzień kontaktuję się z wieloma ludźmi przez Skype’a i blog.

Gdy ujawniłam, gdzie mieszkam, okazało się, że na swoim osiedlu mam dwie fanki. Spotykamy się teraz i razem gotujemy. Zamierzamy nawet to nakręcić i wrzucić do sieci. Myślę o warsztatach zdrowego odżywiania.

Jeden ze znajomych blogerów złożył mi taką propozycję. Gdy czasem patrzę wstecz, nie mogę wyjść ze zdumienia. Przez większą część dorosłego życia miałam dwie lewe ręce do gotowania. Z braku czasu wpychałam w siebie śmieciowe jedzenie. Byłam uzależniona od zupek w torebkach i cukierków.

Mój były mąż, gdy dowiedział się, czym się zajmuję, nie mógł uwierzyć, że autorka blogu i kobieta karmiąca go pizzą z kartonów to jedna i ta sama osoba. Powinnam być wdzięczna losowi za zawał, bo gdyby nie on, nie odkryłabym swojej życiowej pasji i nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi.

E- gotowanie

Aż dziewięć milionów Polaków przynajmniej raz w miesiącu wchodzi do sieci w poszukiwaniu kulinarnych inspiracji. Internet zastąpił tajne zeszyty naszych babć, w których gromadziły one sprawdzone przepisy, a potem przekazywały córkom w dniu ślubu.

Dziś nie wypada mieć takich tajemnic. Wręcz przeciwnie, dobrze pokazać, że znamy się na kuchni. Jeśli uznanie rodziny i podziw znajomych to za mało, zawsze można założyć blog.

Najpopularniejsze są w czołówce polskich blogów w ogóle. KwestiaSmaku.com, Kotlet.tv i MojeWypieki.com odwiedza regularnie po kilkaset tysięcy osób. Siłę i wpływy amatorskiej blogosfery zauważyli już profesjonaliści, którzy postanowili zewrzeć szyki i pokazać, że konkurencja im niestraszna.

Szefowie kuchni najlepszych warszawskich hoteli na stronie AkademiaKulinarna.pl proponują smakoszom, jak wykwintnie przyrządzić perliczkę i jak oczarować przyjaciół kremem brûlée z gałązkami świerku.

Jednak większość ludzi najbardziej ceni w internecie przepisy na efektowne dania, które są nieskomplikowane i tanie. Dużym wzięciem cieszą się testy i recenzje takich produktów jak gotowe dania i mrożonki.

Czytelnicy podkreślają, że bardziej ufają blogerom niż oficjalnym stronom firm, bo ci pierwsi są dla nich bardziej wiarygodni. I to stanowi o ich sile.

Opinia eksperta: "Gary" rozwijają

O: Niemal połowa Polaków deklaruje, że uwielbia gotować. Co takiego fajnego jest w mieszaniu w garnkach?

Małgorzata Liszyk-Kozłowska: Gotowanie to dla sporej liczby ludzi oderwanie się od codzienności. Przeniesienie się w świat innych doznań niż te, które towarzyszą nam np. w pracy.

Gdy ktoś siedzi cały dzień, odpoczywa w ruchu. Po patrzeniu przez osiem godzin w komputer potrzebuje odmiennych bodźców, by się zresetować. A przy gotowaniu uruchamiają się całkiem inne zmysły niż w biurze.

To zatrzymanie się na chwilę, wyłączenie z ogólnego pośpiechu i skupienie na zmysłowych doznaniach: smaku, kolorach, zapachu. Ludzie, którzy lubią gotować, traktują je jak rodzaj nagrody, przyjemność, czas dla siebie. Nie bez znaczenia jest, że każdy jest królem we własnej kuchni. Tu nikt nie podważy naszego autorytetu, nie narzuci swojej woli.

O.: Kulinarni celebryci przekonują nas, że gotowanie to sztuka. Czy rzeczywiście czerpiemy z niego coś więcej, niż tylko zadowolenie, że zjedliśmy coś pysznego, co sami przygotowaliśmy?

M.L.-K.: Ależ oczywiście. Gotowanie uruchamia inwencję i wyobraźnię. W poszukiwaniu nowych smaków eksperymentujemy, uczymy się  zaawansowanych technik przygotowywania jedzenia, poszerzamy nasze umiejętności i znajomość świata, niektórzy w przenośni, inni dosłownie. To jest jak najbardziej rozwój osobisty.

O.: A więc powinniśmy się cieszyć, że kuchnia to nowa narodowa pasja Polaków?

M.L.-K.: Powinniśmy się cieszyć, że dzięki modzie gotowanie zyskało na znaczeniu. Mam wielu pacjentów, którzy czują, że powinni mieć jakieś zainteresowania, bo teraz wszyscy mają i „tak wypada”.

Tylko że hobby kojarzy im się z wyścigami samochodowymi, skokami na spadochronie czy jazdą motocyklem – z czymś ekstremalnym, na co wcale nie mają ochoty.

Tymczasem hobby to coś, co daje przyjemność, co nas rozwija, a gotowanie się świetnie do tego nadaje. I teraz już nie wstyd powiedzieć, że „uwielbiam gotowanie”, bo media udowodniły nam, że może być ono fascynującą przygodą.

Kiedyś otworzę swoją restaurację

Idolką Klaudii jest Malika. To Ewa Szyc- -Juchnowicz, restauratorka z Gdyni, która jako jedyna kobieta dotarła do finału polskiej edycji programu „Top Chef”.

– Uważam, że wykazała się większą fantazją niż faceci. Chociaż ostatecznie nie wygrała, to pokazała dziewczynom takim jak ja, że trzeba walczyć o marzenia! – entuzjazmuje się Klaudia, która przerwała studia ekonomiczne i poszła pracować „na zmywak”.

Tak samo karierę w gastronomii zaczynała jej ulubienica z telewizyjnego show.

– Mama o mało nie dostała zawału, gdy powiedziałam, że rzucam szkołę, ale tata we mnie wierzy. Chociaż ostrzega, że to mordercze zajęcie dla kobiety. Sam był kucharzem na statkach, więc wie, co mówi.

Klaudia urodziła się w Kołobrzegu. A dokładniej w kuchni. – Mamie odeszły wody, jak przygotowywała faworki. A potem się dziwi, że urodziła córkę, która wolała bawić się garnkami niż lalkami.

Od małego uwielbiałam pomagać przy posiłkach. Największe święto było wtedy, gdy tata wracał z rejsu i gotowaliśmy wszyscy razem.

Rodzice nie pozwolili jej jednak pójść do technikum gastronomicznego. Skończyła liceum ogólnokształcące, ale po roku na koszalińskiej politechnice zbuntowała się. Po zajęciach wsiadała w pociąg i jechała do ciotki, która prowadzi knajpkę na kołobrzeskiej starówce. – Klasyka turystyczna: ryba, racuchy i pizza. Ależ ja byłam szczęśliwa, pomagając jej w kuchni! – wspomina tamten czas. – Mama się tylko w domu dziwiła, czemu wciąż cuchnę olejem...

Wreszcie udało się Klaudii postawić na swoim, chociaż łatwo nie jest.

– Ciotka zarekomendowała mnie do restauracji w nadmorskim hotelu. Pracuję ciężko, czasami 18 godzin na dobę. W weekendy, wakacje i święta również, bo wtedy przychodzi najwięcej klientów. Ale żeby być dobra, muszę stać się perfekcyjna, a na pewno lepsza od facetów. Klaudia nie wierzy, że najlepszymi szefami kuchni są mężczyźni. Choć przyznaje, że w tej branży trzeba mieć nie tylko talent, ale siłę i stalowe nerwy.

– Gastronomia to twardy świat. Nikt się z tobą nie cacka. Kiedy jest dużo gości, robi się jak na wojnie. Gorąco, pełno dymu i przekleństw. Ja się chyba sprawdzam. Mam już niezłe bicepsy od targania worków z kartoflami, ale nie słyszę uwag o panienkach, które powinny robić manikiur, a nie stać przy piecu...

Klaudia planuje jeszcze rok pracować w Polsce, potem chce szukać czegoś w Hiszpanii. – Koleżanka mieszka w Barcelonie, obiecała mi pomóc. Wiem, że będę tam znowu zaczynać od zera, ale kocham ich kuchnię i temperament.

Gdy wrócę, założę własną restaurację, jak Malika. Liczę, że do trzydziestki powinnam się wyrobić. Wiem, co to oznacza. Przez kilka lat nie wystawię nosa poza kuchnię. O dzieciach na razie mogę zapomnieć. Ale nic nie poradzę, że gotowanie to całe moje życie.

Charyzma i talent aktorski

Polscy szefowie kuchni pojawili się na salonach jako nowi celebryci. Świetnie nadają się do bycia idolami.

Posiadają wiedzę, praktyczne umiejętności, charyzmę, są ludźmi sukcesu. Wielu z nich, np. Robert Makłowicz czy Magda Gessler, ma zdolności aktorskie, potrafi przyciągnąć uwagę widzów i zabłysnąć erudycją.

Każdy z nich zyskał swoją publiczność. Pascal Brodnicki i Karol Okrasa to rodzime wersje brytyjskiego kucharza Jamie’ego Oliviera. Lubią ich młodzi, którzy nie chcą tracić czasu na przygotowywanie pracochłonnych potraw i dla których gotowanie to część życia towarzyskiego.

Roberta Sowę cenią osoby gotujące tradycyjnie, a Wojciecha Modesta Amaro – wyrafinowani, zamożni smakosze. Dla Polaków stali się kimś więcej niż kucharzami. Są guru i to nie tylko w sprawach smaków. Instruują, jak prowadzić własny biznes, organizować pracę, działać w zespole i radzić sobie z presją. Zwracają uwagę na estetykę otoczenia, tłumaczą, jak ważny jest porządek.

Magda Gessler zaczęła nawet rozwiązywać na ekranie problemy osobiste restauratorów. Bo żeby w gastronomii zajść na szczyt, nie wystarczy talent do smażenia i pieczenia. Potrzebne są też umiejętności menedżerskie – komunikacji, zarządzania. A przy tym trzeba mieć jeszcze duszę artysty.

To wszechstronność godna Leonarda da Vinci. Bywa bardzo malownicza, dlatego szefowie kuchni to doskonali kandydaci na tzw. osobowości medialne.

Opinia eksperta: Jedzenie jest jak seks

O: Parę lat temu Polacy tańczyli, dziś gotują. Czy ten trend to zasługa mediów?

Paweł Loroch: Przecież moda na gotowanie nie pojawiła się nagle. Rośnie wraz z dostępnością w naszym kraju produktów lokalnych i tych z końca świata.

Według mojej opinii media postanowiły wykorzystać temat uniwersalny dla odbiorców, a więc opłacalny także dla nich. Ludzie lubią ucztować, a one dziś skwapliwie z tego korzystają. A Polacy nie kochają bardziej jeść, dlatego że obejrzeli teleturniej kulinarny.

O.: Jak Polak według ciebie gotuje?

P.L.: To zależy jaki. Na przykład student gotuje przede wszystkim szybko, nie rozróżnia masła od margaryny. A drugi, choć mieszka w tej samej klatce schodowej, jeździ na ekobazar, będzie kupował składniki przez internet i ekscytował się czarnym makaronem z Piccola Italia. I obaj mogą być nawet kolegami, tyle że ten drugi ma więcej pieniędzy i jest hedonistą. Bo jedzenie to czynność zmysłowa. Są w życiu człowieka tylko dwie sytuacje, które angażują wszystkie zmysły – jedzenie i seks. Ale to pierwsze jest bardziej uniwersalne, bo można je uprawiać nawet na ulicy...

O.: Czy słuchać rad telewizyjnych sław, bazować na blogach? Co warto czytać?

P.L.: Roberta Makłowicza, Wojciecha Modesta Amaro i Magdy Gessler dobrze jest posłuchać, bo w Polsce potrzebujemy wyrazistych osobowości, które opowiedzą nam o światowych trendach.

Blogi piszą wszyscy, dlatego często znajdują się w nich uproszczenia, a nawet kardynalne błędy, więc trzeba uważnie wybierać.

Ja polecam wszystkim książki kucharskie Hanny Szymanderskiej. Od dawna kształtuje nasze umysły kulinarne i na razie jest nie do przebicia. Rekomenduję ją ze szczerym uwielbieniem!

Artykuł pochodzi z kategorii: Porady

Olivia
Więcej na temat:

Zobacz również